/perspektywa Nicole/
Miałam naprawdę wielkie szczęście, że Melody po mnie szła ! Szkoda tylko, że tak szybko musiała iść... Miałyśmy się spotkać, myślałam, że ma mi coś ważnego do powiedzenia... W każdym razie byłam jej tak nieziemsko wdzięczna ! Jak by jej się odwdzięczyć ? Może wianek jej zrobię ? Może lubi wianki i kwiaty ? Ja w każdym razie je lubię, może spodoba jej się taki prezent.
Poszłam do sklepu i zamówiłam 4 bułki czosnkowe. Zostały mi dwa złote. Trochę drogo w tym sklepie... Nie starczy mi na jakąś czekoladę dla Melody... No trudno... Ale przynajmniej mogę wrócić do domu. Miałam zarobić chociaż kilka groszy, więc dwa złote się liczą, prawda ?
Zanim jednak poszłam do domu, wybrałam się tradycyjnie na spacer. Dotarłam nad niewielkie jeziorko w lesie. Było to moje ulubione miejsce. Mogłam siedzieć tu godzinami. Postanowiłam coś porobić. Pozbierałam kamyki z ziemi i rzucałam nimi robiąc kaczki. Całkiem nieźle mi to wychodziło.
Kątem oka zauważyłam, jak coś biegnie po prawej stronie, dość daleko ode mnie, Początkowo myślałam, że to jakieś dzikie zwierzę, jednak kiedy przyjrzałam się dokładnie, mogłam rozpoznać ludzkie kształty. Czyżby ktoś uprawiał jogging ? Nawet jeśli tak, to nie wybrał sobie zbyt dobrego terenu do biegania. Na wszelki wypadek postanowiłam opuścić las i skierować się w stronę domu.
Idąc do domu usłyszałam syreny policyjne. W moim miasteczku była to rzadkość. Na ogół było spokojnie. Ogarnął mnie niepokój. Mimo to szłam dalej. Wycie syren było coraz głośniejsze. Obejrzałam się. Obok mnie przejechała karetka i trzy wozy policyjne.
- Czyżby coś się stało ? - powiedziałam sama do siebie. - Wygląda na to, że to niedaleko naszego domu...
Szłam dalej. Widziałam mój dom, a pod nim kilka wozów policyjnych i karetka. Podeszłam bliżej.
- Panie władzo, co się stało ? - zapytałam się niepewnie. - Dlaczego stoicie pod moim domem ?
- Cóż, jakby to powiedzieć... - zaczął. - Sądzę, że... Powiemy pani później... Na chwilę obecną niech pani lepiej nie wchodzi do domu...
- Ale ja chcę wejść i zobaczyć, co się stało. - odrzekłam chłodno.
- Uch, no dobrze. - otworzył przede mną drzwi.
Weszłam do środka. Od razu do moich nozdrzy dotarł okropny smród. Oglądałam po kolei pomieszczenia. Zauważyłam, że w kuchni brakuje kilku rzeczy. Czyżby nas okradli ? W takim razie po co jest tu ambulans ? Poszłam na górę. Tam smród się zwiększył. Weszłam do sypialni rodziców.
To, co tam zobaczyłam, było straszne. Upadłam na podłogę i zaczęłam płakać. Ktoś, prawdopodobnie pracownik szpitala, podniósł mnie i zaczął pocieszać słowami:
- Będzie dobrze.
Będzie dobrze ?! Nie miałam siły nic wymówić. Nogi i ręce strasznie mi się trzęsły. Zwymiotowałam.
Wszędzie była krew. Na podłodze leżały dwa języki oraz flaki tworzące napis "Silence forever". Moich rodziców wynoszono na noszach, Wyglądali okropnie. Nie mieli skóry na czubku głowy, zwisało im z niej mięso wraz ze skórą, która pozostała, przywiązane tam mieli kokardki, prawdopodobnie z ich wnętrzności, gdy były one bardzo podobne do tych na podłodze. W dodatku nie mieli palców, widać tam było obwisłe mięso i kości. Nietrudno było zgadnąć, że nie żyli. Rozpłakałam się jeszcze mocniej i znów puściłam pawia. Dalej nic nie pamiętam, straciłam przytomność.
/perspektywa Melody/
Siedziałam w samotności gdzieś w środku lasu, z dala od rezydencji. Potrzebowałam zostać na trochę sama.
- Dobrze zrobiłam ? - pytałam się prawdopodobnie samej siebie. - Dobrze, prawda ? Nicole jest szczęśliwa, prawda ? I będzie dobrze prawda ? Prawda ?! - zaczęłam się głośno śmiać. - Prawda. Teraz mogę z łatwością nią pokierować. Będzie taka jak my...
Posiedziałam jeszcze chwilę, po czym wróciłam z powrotem.
Cicho... zbyt podejrzanie cicho... Zamknęłam drzwi i weszłam oknem do mojego pokoju. Nie złapią mnie na tą samą sztuczkę.
Poszłam do pokoju Jeffa i zapukałam. Nic. Otworzyłam drzwi. Ha ! Wiedziałam ! Nie ma ! Zeszłam na dół i zajrzałam za sofę. Siedzieli tam skuleni Jeff, Toby i Sally dając mi znak, że mam być cicho. Również schowałam się za sofą.
- Co się tutaj wyprawia ? - wyszeptałam z uśmiechem, choć pod maską go nie widać.
- Sally chciała się pobawić, więc... - zaczął Jeff.
- Zastawiamy pułapki ! - wyrwał się Toby.
- Cicho patafianie ! Odkryją nas. - szepnął Jeff i puknął go w czoło.
- I już się Masky nabrał ! - szepnęło ucieszona Sally. - I teraz szuka nas po całym domu i chce zabić - dodała. Uroczo.
- Mogę się przyłączyć, prawda ?
- Jasne. - wypowiedzieli chórem.
W tym momencie rozległo się skrzypnięcie drzwi i komuś spadło na głowę wiaderko z błotem, a tym kimś był Slenderman. Mamy przerąbane.
- Cóż się tutaj dzieje ?! - krzyknął i zauważył małą, niewinną główkę Sally wystającą zza sofy ze śmiechem w oczach.
Skierował się w naszą stronę.
- Chodu ! - krzyknął Toby.
Wzięłam Sally na barana i razem w czwórkę uciekliśmy gdzieś w głąb lasu, modląc się, aby Slenderman prędko nas nie znalazł.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz